wtorek, 18 października 2011

Nic osobistego

Wy piękne, wy brzydcy
Studentki, studenci
Autorzy tekstów, twórcy piosenki
Kompozytorzy i chałturnicy,
Aktorzy, tancerki
Alkoholicy,
Wy narkomanki, wy narkomani
Pudrując mordy kilogramami
Cygara zwijane na udach Kubanek
Marnując, dla szpanu w tłum wyziewane
Wy, skoliotyczni filozofowie
W jogińskich pozach nad dnem kielicha
Śliniąc błyszczące, ciemne, dębowe
Blaty, parkiety, śpiąc na chodnikach
Wy cielesności obcisłe mięsa
Zionące aurą lustrzanych szatni
Nabrzmiałe prężąc do siebie cielska
Bicepsy, biusty, dupy-pośladki,
Wy brzuchomówcy od wizerunku
Chowając pyski za logosami
Żłopiąc morzami markowe trunki
Loch korporacji cieknące cycami
I wy poeci, fotografowie,
Liberałowie i komuniści,
Wy stare baby, starzy dziadowie,
Szczupli i tłuści, wysocy i niscy
Jawnie, otwarcie, ukradkiem lub skrycie
kliknijcie kurwa że to lubicie

poniedziałek, 17 października 2011

O rosnącej matrycy


W sierpniu 1999 roku zwariowałem na punkcie "Matrixa". Film trafiał do mnie absolutnie wszystkim, zaczynając od plakatu i tytułu, poprzez mistrzowsko skonstruowany świat i genialny soundtrack a kończąc na skórzanych płaszczach, ciemnych okularach i efektach specjalnych. Jednak na fakt, że do kina poszedłem przynajmniej 3 razy, miała wpływ przede wszystkim treść filmu, legitymizująca sprzeciw wobec systemu, usprawiedliwiająca przedstawianie niepokornej postawy jako wzoru, gloryfijkująca wybór wolności, choćby okupiony degradacją poziomu egzystencji, ukazująca wszystkich poza wtajemniczonymi jako uśpionych, nieświadomych prawdy, potencjalnie niebezpiecznych. Do mnie osiemnastoletniego, silącego się każdą komórką ciała na oryginalność i naginanie zasad aż do osiągnięcia krytycznych przeciążeń, ta treść trafiała z niesamowitą mocą. Dla mnie trzydziestoletniego, który dzisiaj obejrzał ten sam film w kupionym na jeszcze nie spłacone raty telewizorze, leżąc na rozpadającej się kanapie we własnym, nie remontowanym od lat mieszkaniu, przed poniedziałkowym wyruszeniem do pracy, która nie ma nic wspólnego z tym co powinienem w życiu robić - "Matrix" jest już trochę inny.

Ironia. Osiemnastoletni człowiek dopatrywał się w filmie alegorii, przenośni, odnosił je do otaczającego go świata tak, jak niektórzy szukają analogii pomiędzy codzienną rzeczywistością a biblijnymi przypowieściami - często na siłę. Trzydziestoletni człowiek po obejrzeniu filmu pomyślał, że też chciałby się obudzić, dosłownie. Można pomyśleć, że zamiast zmądrzeć człowiek zgłupiał. Oczywiście, oglądając film przypominałem sobie przeżycia towarzyszące pierwszemu z nim zetknięciu, seansowi towarzyszyła nostalgia i ożywanie "młodzieńczych ideałów". Ten dwoisty świat tak bardzo wtedy przypominał rzeczywistość! Brud i sprayowane napisy na ścianach sypiących się budynków, w których ważyły się losy świata, to był ten sam brud podziemnych klubów, w których tętniło życie i rosła kultura. Ludzie siedzący całymi dniami i nocami przed kineskopowymi monitorami, wyszukujący w internecie informacji niedostępnych dla innych, długo przed epoką wszechwiedzących wyszukiwarek, outsiderzy, wiedzieli więcej, czuli zmiany, to oni byli ważni, nie ci na ulicach, pokorni wobec kijów i marchewek wolnorynkowego wyścigu szczurów. Ci byli jak w filmie, gotowi zabić dla porządku, którego nie rozumieją. Życie w dzień, w liceach i na uniwersytetach, było mniej ważne od życia w nocy, króliczej nory, w której odkrywało się wprost niewiarygodne, przerysowane odbicia lustrzane karykaturalnych zasad rządzących systemem.



Przez całą podstawówkę patrzyłem jak ludzie zachwycają się zmianami, jak starsi bracia kolegów z klasy budują domy i kupują samochody, bo sprzedają pirackie kasety VHS i skarpety na hali targowej. Teraz będzie lepiej, teraz będzie łatwiej, teraz jesteśmy wolni i możemy mówić co chcemy! Teraz mamy swoją reprezentację w sejmie! Mamy senat i koronę nad głową orzełka, jesteś za młody, nie zrozumiesz dlaczego to jest takie ważne. Przez całe liceum słuchałem, jak bracia kolegów, których tatusiowie mają firmy, mają załatwioną pracę, a ci którzy nie mieli tatusiów z firmami, nie mogli jej znaleźć i mieszkali z mamusiami. To nie prawda, prawda jest w nocy, i w sieci, tam jest tak jak miało być, to tam jest właśnie lepiej, tak jak mówiła Pani w szkole. Nie dostałem się na filologię słowiańską w Gdańsku, na jedno miejsce startowało szesnaście osób.




W 1999 roku świat Matrixa bardzo dobrze pasował do społecznego obrazu świata w ogóle. Dodatkowo, pozwalał mi patrzeć na zmieniającą się rzeczywistość krytycznie, nie zgadzać się na nią i ją ignorować. Pozwalał mi się śmiać z bezrobocia i korporacji, traktować te zjawiska jako część jednego wielkiego oszustwa, które nie może być jedynym sposobem na życie. W 2011 roku świat matrixa jest już dla mnie tylko dokumentacją momentu, w którym na prawdę wiele rzeczy zaczynało się zmieniać. Tylko że jestem prawie pewien, że maszyny wygrały.

W 2006 nagrodę magazynu Time: Person of The Year dostałeś/dostałaś Ty. Magazyn uznał, że to internauci tworzący web 2.0 są człowiekiem roku. Ten symboliczny gest zbiegł się w czasie z totalną dominacją sieci przez Googla, który w tym momencie ma już cały internet na dyskietce. Jak Chuck Norris. Tylko że Norris nie wie o Tobie wszystkiego, a Google tak. Dzisiaj jest jeszcze Facebook, który jeszcze głębiej bada naszą codzienność, sprzedaje ją za dobre pieniądze. Jesteśmy ich bateryjkami.

Poczułem, że chciałbym jeszcze raz spróbować się oderwać, znaleźć luki w systemie i swobodnie się w nich poruszając unikać porwania przez nurt. Może czegoś nie wiem, nie zauważam? Próbowałem i niestety nie znalazłem w roku 2011 przestrzeni - wirtualnych czy rzeczywistych - w których można by, nie manifestując głośno jawnego sprzeciwu wobec systemu, funkcjonować poza jego głównym obiegiem, czy też wpływać na jego kształt. W 1999 było ich mało i nie udało się nic zmienić, teraz wydaje mi się że nie ma ich wcale. Przyszło mi do głowy, że może niespodziewany sukces filmu pozwolił systemowi rozpoznać swoje słabe punkty i w ciągu dziesięciu lat umocnić się w nich na tyle, żeby nie dało się go ominąć? Tak czy inaczej, dudni mi w głowie to dość rozpaczliwe, dosłowne życzenie: chciałbym się obudzić. Nie ma już miejsca na przenośnie i analogie, te miejsca są już zajęte, opieczętowane logosami i opodatkowane.

niedziela, 1 maja 2011

Śledź w kraju Scyzoryków

W hotelu zameldowaliśmy się koło ósmej wieczorem. To był początek marca, siarczysty mróz, olej napędowy osiągnął właśnie cenę 4,99. W tych właśnie złowrogich okolicznościach zajechaliśmy z kolegą do Kielc, miasta o którym szczerze mówiąc nie wiedzieliśmy zbyt dużo. Nasza wiedza ograniczała się do numeru stoiska targowego, nazwy i adresu hotelu oraz kilku (a w zasadzie dwóch) szczegółów geograficzno-kulturowych. Wiedzieliśmy mianowicie, że Kielce są stolicą województwa Świętokrzyskiego leżącą przy krajowej trasie nr 7 oraz że są rodzinnym miastem Liroy'a, pierwszego przeklinającego po polsku rappera lat 90tych.

Hotel, którego główną zaletą była przystępna cena,  widzieliśmy wcześniej tylko na zdjęciach w sieci. Zdjęcia te często pokazują niestety tylko najatrakcyjniejszy wycinek rzeczywistości. Zdarza się na przykład, że na stronach internetowych widnieją fotografie imponującego holu z recepcją, pełnego marmurów, z komfortowymi fotelami i lustrami w złoconych ramach. I faktycznie, po wejściu do hotelu widzimy taki właśnie przepyszny hol, ale zaraz za dębowymi drzwiami prowadzącymi na klatkę schodową miękki czerwony dywan zmienia się w popękane linoleum, a gustowna tapeta o przyjemnej fakturze ustępuje miejsca łuszczącej się farbie olejnej o bliżej nieokreślonym szaro-żółtym kolorze. Właściwie zjawisko to ma miesjce w przypadku każdego dwugwiazdkowego hotelu, zmienia się tylko skala rozbieżności pomiędzy reklamą a rzeczywistością. Chyba najbardziej urzekający tekst obrazujący powszechność tego zjawiska, który jednocześnie w dość zabawny sposób próbuje się uporać ze standardem niektórych wnętrz, można przeczytać na stronie wrocławskiego hotelu "Śląsk" [link]. Na dole strony możemy przeczytać, że " dla pasjonatów klimatów PRL w naszej ofercie znajdują się również pokoje w stylu PRL z oryginalnym umeblowaniem". Nie byłem w tym hotelu, możliwe że pokoje są schludne i przyjemne, ale w świetle moich hotelowych doświadczeń lektura tego hasła spowodawała poważny napad śmiechu.

Na szczęście hotel w Kielcach okazał się przyjemny, na dole znajdował się bar utrzymany w klimacie lat dwudziestych, pokoje były czyste i schludne. Była to dla nas pewnego rodzaju ulga, bo przekroczenie drzwi pokoju w nowym hotelu zawsze wiąże się z małym dreszczykiem emocji. Ogólnie, miasto wydało nam się przyjemne, zaskoczyła nas duża ilość modernistycznej architektury, która spowodowała że poczuliśmy się prawie jak w domu. Było to jednak dość krókotrwałe poczucie bezpieczeństwa. Zapytaliśmy hotelowego barmana, gdzie można pójść na piwo. "Rozumiem, że chodzi o to żeby przy okazji nie dostać w michę?", zapytał w odpowiedzi. Przytaknęliśmy, a on, dowiedziawszy się że jestesmy z Gdyni, zrobił niewesołą minę i polecił nam tylko jedną, główną  ulicę - Sienkiewicza. Zastrzegł przy tym, żebyśmy mówili że jesteśmy kibicami żużla, bo w Kielcach nie ma żadnej drużyny.

Ulica Sienkiewicza okazała się być oddalonym o 15 minut od hotelu bardzo eleganckim deptakiem. Ku naszemu osłupieniu na samym jego początku stał gdyński Teatr Muzyczny. Idealna kopia. Nawet świecące wewnątrz żyrandole miały, dokładnie jak w Gdyni,  kształt kiści winogron. Wrażenie było na prawdę dziwne.  Czy to za sprawą tego teatru, czy też z zupełnie innych przyczyn, ciąg dalszy naszej wyprawy na piwo wydał się dość mocno odrealniony.

Kieleckie Centrum Kultury


Teatr Muzyczny w Gdyni
Deptak z początku schodził łagodnie w dół, aż do mostka biegnącego nad ciekiem wodnym, którego nazwy niestety do tej pory nie udało mi się poznać*. Następnie równie łagodnie wznosił się w górę, aż do samego końca. Skąd wiem że do samego końca? Ano stąd, że mieliśmy okazję przejść całą długość ulicy Sienkiewicza. Jakoś ciężko było nam się zdecydować na lokal. W podejmowaniu decyzji nie pomagało nam praktycznie nic. Był poniedziałek, godzina mniej więcej dziewiąta wieczorem, temperatura powietrza około minus 8 stopni. Wiał dość silny wiatr, który - dokładnie jak nad morzem - przeszywał wszystkie nieosłonięte części ciała szpilkami wilgoci, aż do szpiku kości. Nic dziwnego, że ulica była praktycznie wyludniona. Rozmowy i kroki nielicznych przechodniów odbijały się ehchem od oświetlonych, pięknie odrestaurowanych fasad budynków i niosły się nieprawdopodobnie głośno i daleko. Mimo to na ulicy panowała dziwna, głucha aura. Wszystkie dźwięki wydawały się przytłumione, także nawet stawiając kroki na błyszczącej w sodowych lampach twardej, kamiennej powierzchni, miało się wrażenie chodzenia po czymś miękkim jak mech. W tej dziwnej atmosferze żaden szyld nie wydawał nam się wystarczająco zachęcający. Lokale wydawały się celowo chować przed nami w bramach, wnękach, zagłębionych w budynki gankach, do których prowadziły kamienne, strome schody. Żaden z nich nie zapraszał dużymi, wychodzącymi na ulicę oknami witryn, w których można by było zobaczyć rozmawiających, sprawiających przyjazne wrażenie ludzi.



Dodatkowo cały czas przypominało nam o sobie ostrzeżenie hotelowego barmana o potencjalnej agresji miejscowych. Wprawdzie nikt nas nie zaczepiał, ale o tej przestrodze przypominały nam stroje, fryzury i sposób poruszania się wszystkich napotkanych po drodze mężczyzn.   Już podczas spaceru ulicą Sienkiewicza stwierdziliśmy, że mamy zdecydowanie za dużo włosów żeby się nie wyróżniać, przy czym żaden z nas nie miał specjalnie bujnej fryzury. Później, kiedy już udało nam się znaleźć miejsce w pubie, nasz stolik stał dość blisko wejścia, a każdy otwierający drzwi mężczyzna robił to z takim zacięciem i tak zapieczoną miną, że czułem się jakbym miał na czole napisane "Arka Gdynia", a nowo przybyły gość miał zamiar mi wyperswadować, że powinienem wracać do domu.

Ulica Sienkiewicza, Kielce
W przeciwieństwie do napotkanych po drodze panów, wszystkie panie wyglądały bardzo przyjaźnie. Na podstawie tej mało wiarygodnej grupy reprezentacyjnej można by stwierdzić, że miasto jest pełne stadionowych maczo oraz eleganckich, uśmiechniętych kobiet z klasą. Dziwny zestaw. Można by również założyć, że w Kielcach w ogóle nie ma ludzi koło trzydziestego roku życia: są tylko gimnazjaliści i pięćdziesięciolatkowie. Kiedy już przeszliśmy całą ulicę Sienkiewicza nie znajdując żadnego godnego uwagi miejsca na piwo, postanowiliśmy podążyć właśnie za małą grupką gimnazjalistów. Grupka składała się z trzech eleganckich dziewczyn i trzech czy czterech chłopców ubranych w białe sportowe buty z żelem na bardzo krótkich włosach. Grupka zatrzymała się przed wejściem do hotelu/steak house'u/pubu. Kiedy stali i dyskutowali zdążyliśmy podejść na tyle blisko, żeby usłyszeć jak mówią że jest chyba za drogo. Poszli dalej, więc my tym bardziej ochoczo weszliśmy do środka.

Opowieść o odrealnionym poszukiwaniu miejsca na piwo pomału się kończy. Dotarliśmy do lokalu, w którym udało nam się wypić po trzy piwka i dwa kieliszki wiśniówki. Wnętrze było eleganckie, utrzymane w kimacie wyspiarskiego pubu. Drewniane, ciemne stoły, ciemnoczerwone obicia, bar na wysoki połysk. Na ścianach plakaty, tablice i inne gadżety z Anglii, Szkocji, Irlandii. W środku kilkanaście osób, przyjemna muzyka, miła atmosfera, za oknami zimno a w środku ciepło i przyjemnie. Zdarzyła się jeszcze jedna rzecz, która dla mnie idealnie nadaje się na puentę tamtego wieczoru. Po pierwszym piwie poprosiliśmy kelnerkę o orzeszki, paluszki czy coś takiego. Niestety, odparła że możemy tylko zamówić coś z karty. Sami nie byliśmy w stanie niczego wybrać, więc poprosiliśmy żeby nam coś doradziła. I wtedy właśnie, w ramach podsumowania wieczoru, pani kelnerka w kieleckim steakhousie poleciła nam jako zakąskę do piwa owoce morza... Poinformowaliśmy Panią, że jesteśmy znad morza, i że z tymi owocami nawt u nas nie zawsze jest różowo. Zamówiliśmy. Okazało się, że w Kielcach podają na prawdę bardzo smaczne owoce morza w chrupiącej panierce.


* Ten "ciek wodny" to rzeka Silnica, dowiedziałem się o tym dzien po publikacji posta. Bardzo dziękuję Agacie za uzupełnienie wiedzy.  

niedziela, 17 kwietnia 2011

Wybawca imbecyli

Żyjemy w świecie zdominowanym przez reklamy. Od jakiegoś czasu są dosłownie wszędzie. Wiemy jak działają, ale mimo to poddajemy się ich wpływowi. Bo przecież miło jest słuchać, jak obiecują nam wspaniałe, szczęśliwe życie, dom z ogrodem, figurę modelki/modela, uśmiech gwaizdy filmowej itd.. Według reklam wszystko to jest w zasięgu ręki, wystarczy tylko podjąć odpowiednią decyzję podczas zakupów. Jest jednak wśród nich jeden fenomen, którego nie jestem w stanie pojąć.

Pewna firma z uporem maniaka próbuje sprzedać swój produkt pokazując swoich klientów jako upośledzonych społecznie idiotów, którym nie można pozwalać na samodzielne rozwiązywanie najmniejszych problemów.

Sceneariusz wszystkich reklam tej firmy jest bardzo podobny. Na początku jest idylliczna prezentacja szczęścia w perfekcyjnej rodzinie: piękna blond mama o niebieskich oczach, ojciec rodziny o mocno zarysowanej szczęce ubrany w biały, wełniany golf, dwójka cudownych, roześmianych dzieci o iście arysjkiej urodzie. Bohaterzy mieszkają w pięknym domu z ogrodem. Ściany są białe, a meble jasne. Nic nie wskazuje na to, że jest to rodzina arystokratów, można więc założyć że ta Pani musiała dwójkę dzieci urodzić i wychować, prawdopodobnie łącząc to z aktywnością zawodową, a ten Pan przez całe życie ciężko pracował na ich wspaniały dom.

W pewnym momencie następuje dramatyczny zwrot akcji. Na dywanie pojawia się PLAMA. Mama się martwi, dzieci mają poczucie winy, ojciec w opiekuńczym geście zdaje się mówić: "jakoś to będzie, poradzimy sobie". I wtedy, pojawia się niespodziewany wybawca: Różowa Suka. Uśmiechnięta kobieta ubrana w różową koszulkę z napisem "znikaj" w obcym języku, wyręcza naszych zakłopotanych domowników przy pomocy cudownego środka czyszczącego. Trajkocze jak nakręcona, a prezentowane cechy jej magicznego narzędzia kwitowane są jękami zachwytu. Wdzięczność bohaterów za wybawienie z opresji jest bezgraniczna.

Może jestem staroświecki, ale moim reklama powinna wywołać zainteresowanie konsumenta, przejawiające się pytaniami typu "gdzie mogę to dostać?" albo "ile to kosztuje?". W tym przypadku, identyfikując się z bohaterami, mam ochotę sformułować nieco inne wypowiedzi:

1. Przepraszam, czy my się znamy?
2. Jak ty tu wlazłaś?
3. Oddawaj mój dywan, nie rysuj na nim niebieskich pionowych kresek.
4. Jeżeli cieszę się z twojej pomocy, jakbyś mi przynajmniej uratowała życie, to jakim cudem udało mi się zarobić na ten dom?
5.  Jeżeli nie pozwolisz mojej żonie się chwilę zastanowić, to nigdy nie nauczy się samodzielnie np. wiązać butów.
6. Najważniejsze pytanie: na prawdę uważasz nas za takich idiotów?

Postać Różowej Suki niezmiennie wprowadza mnie w osłupienie. Ilekroć pojawia się na ekranie telewizora czuję się zdezorientowany. Boję się, że jeśli podczas jedzenia kanapki spadnie mi na spodnie na przykład kawałek ogórka - natychmiast pojawi się Różowa Suka. Trochę jak za komuny: strach otwierać lodówkę, bo jeszcze się okaże, że tam też jest Lenin.

sobota, 9 kwietnia 2011

Błąd systemu a kanapka z tuńczykiem

To było chyba w środę, kiedy poziom stresu spowodowany ilością zadań osiągnął u mnie poziom krytyczny. Koło południa mój mózg bez ostrzeżenia przełączył się w tryb awaryjny, w którym część funkcjonalności nie była dostępna w ogóle lub dostęp do nich był mozliwy w ograniczonym wymiarze czasowym.

Jako pierwsza przestała działać funkca "zapisz", która umożliwia zapamiętywanie danych bez konieczności korzystania z nośników zewnętrznych (np. kartka). Później wysiadł automatyczny zapis postępów pracy, wskutek czego pod koniec wypowiadanego zdania nie można było wrócić do jego początku. Najbardziej uciążliwe okazało się jednak czasowe ograniczenie wyświetlania przez umysł określonych treści a następnie błyskawiczne przechodzenie do zadań mniej uciążliwych. Żeby opisać to w zrozumiały sposób posłużę się przykładem. Wyobraźmy sobie, że mamy do rozwiązania jakiś prosty problem logiczny, na przykład zadanie z podstawówki:

Ala miała parkę kotów, którym urodziło się 5 młodych,  niestety przeżyły tylko 4.
 Ile kotów ma teraz Ala?* 

W normalnym trybie umysł przy rozwiązywaniu zadania wyświetla plansze z kolejnymi procesami logicznymi oraz wynik. Jeżeli zadanie jest trudne, ukazywanie się kolejnych plansz zajmuje trochę czasu, więc wynik pojawia się z pewnym opóźnieniem. Po zakończeniu procesu umysł wyświetla całą prezentację do czasu, aż aparat mowy nie przekaże przebiegu procesu myślowego oraz wyniku osobom zainteresowanym. W punktach wygląda to mniej więcej tak:

1. Przeczytanie treści zadania
2. Rozpoczęcie procesu myślowego, którego efektem ma być wynik zadania.
3. Wykonanie kolejnych operacji logicznych wraz z wyświetleniem komunikatów o nich:
a) 2 koty (miała Ala, informacja poboczna: koty różnej płci)
b) 2 +5 = 7 kotów (urodziło się 5, dodatkowych)
c) 5-4=1 kot (5 się urodziło, 4 przeżyły, co oznacza że ilość danych kotów nieżywych wynosi 1)
d) 7-1=6 kotów żywych (od ilości kotów żywych należy odjąć ilość kotów nieżywych w celu uzyskania wyniku)
e) odpowiedź: 6 (z doświadczenia umysł zakłada, że pytanie dotyczy żywych kotów, więc odpowiedź podaje w formie jednej liczby)
4.  Uruchomienie aparatu mowy w celu przekazania informacji na zewnątrz przy jednoczesnym wyświetlaniu poprzednich plansz
5. Opowiadanie o procesie myślowym - umysł nadal wyświetla plansze
6. Zakończenie opowieści

W trybie awaryjnym sytuacja wygląda zgoła inaczej, chociaż pierwotne założenia są podobne. Schemat działania może się różnić w zależności od.... właściwie nie wiadomo czego. Przykładowa realizacja procesu w trybie awaryjnym wygląda tak:

1. Przeczytanie treści zadania oraz leżącej obok ulotki firmy kateringowej oferującej kanapki za 3,50
2. Ponowne przeczytanie treści zadania.
3. Rozpoczęcie procesu myślowego, którego efektem ma być wynik zadania. (Zdarzenie poboczne: ślinotok)
4. Wykonanie kolejnych operacji logicznych wraz z wyświetlaniem komunikatów:
a) 2 koty (czarny i biały, z różową plamką na nosie. Kształt plamki przypomina Europę)
b) plansza z kanapką z tuńczykiem, z sałatą, na zielonym tle. W kanapce na pewno jest jajko.
c) 2+5= 7 kotów (ciekawe dlaczego koty lubią ryby?)
d) Europa ma śmieszny kształt, trochę jak nos mrówkojada.
e) ciekawe jak zmarł ten kot? Przy porodzie? To się chyba często zdarza. Właściwie to nie wiem, nigdy nie miałem kota. Szkoda, bo są fajne.
 f) 6
5. Uruchomienie aparatu mowy w celu przekazania informacji zainteresowanym. Nie wyświetla się żadna plansza.
6. Wypowiedź skłądająca się z samogłosek (np. "eeeeee")
7. Powrót do plansz niemożliwy, błąd zapisu. Umysł proponuje w zamian melodyjkę z reklamy podpasek.

...

Tego dnia pobiłem rekord ilości czasu spędzonego na fejsie w godzinach pracy. Po powrocie do domu leżałem, ponieważ uznałem że jest to jedyne zajęcie za które mogę wziąć pełną odpowiedzialność i na pewno nikomu przy tym nie zrobię krzywdy.



*Poprawna odpowiedź brzmi: 6 (źródło: "I ty zostaniesz Pitagorasem - klasa 4", rozdział: "Klucz odpowiedzi" strona przedostatnia). Wszystkie postacie wymienione w zadaniu są fikcyjne, jakiekolwiek podobieństwo do postaci rzeczywistych jest przypadkowe. 

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Sensacyjne zaginięcie

Mały, szary pies szedł wzdłuż trawnika lekko utykając. Było to zwierzę o proporcjach jamnika z szorstką, krótką sierścią i niedużym pyszczkiem, ledwie wystającym spod siwej kępy nastroszonych włosów, bezładnie opadających z czubka głowy wprost na oczy. Szedł grzecznie, tuż przy krawężniku, na nikogo nie warczał, nie szczekał, nie obwąchiwał siatek z zakupami mijających go Pań i Panów, nie zwracał uwagi na biegające po parkingu dzieci. One zresztą nie zwracały też najmniejszej uwagi na niego, podobnie jak mijający go przechodnie, podekscytowani świeżością pierwszego na prawdę wiosennego popołudnia tego roku.

Wiosenna aura udzielała się wszystkim. Dzieciaków na podwórku było znacznie więcej niż zazwyczaj, mikroskopijne ogródki oddzielające budynki od chodnika zapełniły się energicznymi, siwowłosymi paniami uzbrojonymi w sadzonki i motyki. Wąsaci mężczyźni, oparci o poręcze balkonów, paląc papierosy sopglądali uśmiechnięci w niebo nad sąsiednim blokiem. Na maskach samochodów wygrzewały się koty, próbując sięgnąć łapami do skaczących po parkingu refleksów rzucanych przez otwarte okna, pieczołowicie szorowane przez klęczące na parapetach kobiety. Starsi Panowie, pomału przechadzający się z wiaderkami na śmieci, głośno pozdrawiali się z daleka, a ławeczka na szczycie bloku przeżywała prawdziwe oblężenie sąsiadek, tak jakby przez całą zimę nie miały okazji z nikim porozmawiać.

W pewnym momencie mały, szary pies zniknął gdzieś podążając za niewysokim, utykającym na lewą nogę panem w popielatej kurtce i szarych spodniach.

 Gzeta "Retro" Marty Flisykowskiej

niedziela, 3 kwietnia 2011

Znikające soboty

Od jakiegoś czasu zdaraza im się znikać zupełnie niepostrzeżenie. Kiedyś jakoś bardziej chciały być, mocniej się narzucały. Ostatnia sobota na przykład w ogóle się nie ujawniła. Czmychnęła cichaczem, prawie nie zdążyłem jej zauważyć. Gdyby nie fakt, że uraziła mnie przy tym straszliwie, to pewnie całkowicie bym ją zignorował. Zdarzało mi się to wcześniej. Nie bolało.

Do tej soboty mam jednak sporo pretensji, chociaż pewnie niesłusznie. Bo w końcu to ja postanowiłem nie wstawać do siedemnastej, ja postanowiłem z całą energią i zaangażowaniem zająć się piątkiem spisując następny dzień na straty. Ale tym razem sobota nie raczyła nawet się zapytać, czy przypadkiem czegoś od niej nie oczekuję. Poczułem się urażony. Przecież jeszcze nie tak dawno, mimo mojego ostentacyjnego braku zainteresowania, soboty atakowały mnie SMSami od znajomych, telefonami, umówionymi spotkaniami, czy chociażby transmisjami rozgrywek sportowych. Olewanie tych starań o zauważenie ich obecności budowało mnie, wzmacniało przeświadczenie o mojej wartości. Każda sobota wcześniej dawała mi poczuć, że to ja decyduję o jej losie.

Smukła sylwetka ostatniej soboty tylko mignęła mi przed oczami. Udawałem, że nie ma to dla mnie żadnego znaczenia i tylko tępo wpatrywałem się w jej plecy kiedy odchodziła precz. Nawet się nie odwróciła. Moje na wierzchu - myślałem, prawie zupełnie przekonany że daję właśnie wyraz swojej wyższości nad jej chamskim brakiem szacunku. Dopiero później, kiedy była już tylko małym, ledwie zauważalnym punkcikiem, pomyślałem  że już jej nie dogonię.