To było chyba w środę, kiedy poziom stresu spowodowany ilością zadań osiągnął u mnie poziom krytyczny. Koło południa mój mózg bez ostrzeżenia przełączył się w tryb awaryjny, w którym część funkcjonalności nie była dostępna w ogóle lub dostęp do nich był mozliwy w ograniczonym wymiarze czasowym.
Jako pierwsza przestała działać funkca "zapisz", która umożliwia zapamiętywanie danych bez konieczności korzystania z nośników zewnętrznych (np. kartka). Później wysiadł automatyczny zapis postępów pracy, wskutek czego pod koniec wypowiadanego zdania nie można było wrócić do jego początku. Najbardziej uciążliwe okazało się jednak czasowe ograniczenie wyświetlania przez umysł określonych treści a następnie błyskawiczne przechodzenie do zadań mniej uciążliwych. Żeby opisać to w zrozumiały sposób posłużę się przykładem. Wyobraźmy sobie, że mamy do rozwiązania jakiś prosty problem logiczny, na przykład zadanie z podstawówki:
Ala miała parkę kotów, którym urodziło się 5 młodych, niestety przeżyły tylko 4.
Ile kotów ma teraz Ala?*
W normalnym trybie umysł przy rozwiązywaniu zadania wyświetla plansze z kolejnymi procesami logicznymi oraz wynik. Jeżeli zadanie jest trudne, ukazywanie się kolejnych plansz zajmuje trochę czasu, więc wynik pojawia się z pewnym opóźnieniem. Po zakończeniu procesu umysł wyświetla całą prezentację do czasu, aż aparat mowy nie przekaże przebiegu procesu myślowego oraz wyniku osobom zainteresowanym. W punktach wygląda to mniej więcej tak:
1. Przeczytanie treści zadania
2. Rozpoczęcie procesu myślowego, którego efektem ma być wynik zadania.
3. Wykonanie kolejnych operacji logicznych wraz z wyświetleniem komunikatów o nich:
a) 2 koty (miała Ala, informacja poboczna: koty różnej płci)
b) 2 +5 = 7 kotów (urodziło się 5, dodatkowych)
c) 5-4=1 kot (5 się urodziło, 4 przeżyły, co oznacza że ilość danych kotów nieżywych wynosi 1)
d) 7-1=6 kotów żywych (od ilości kotów żywych należy odjąć ilość kotów nieżywych w celu uzyskania wyniku)
e) odpowiedź: 6 (z doświadczenia umysł zakłada, że pytanie dotyczy żywych kotów, więc odpowiedź podaje w formie jednej liczby)
4. Uruchomienie aparatu mowy w celu przekazania informacji na zewnątrz przy jednoczesnym wyświetlaniu poprzednich plansz
5. Opowiadanie o procesie myślowym - umysł nadal wyświetla plansze
6. Zakończenie opowieści
W trybie awaryjnym sytuacja wygląda zgoła inaczej, chociaż pierwotne założenia są podobne. Schemat działania może się różnić w zależności od.... właściwie nie wiadomo czego. Przykładowa realizacja procesu w trybie awaryjnym wygląda tak:
1. Przeczytanie treści zadania oraz leżącej obok ulotki firmy kateringowej oferującej kanapki za 3,50
2. Ponowne przeczytanie treści zadania.
3. Rozpoczęcie procesu myślowego, którego efektem ma być wynik zadania. (Zdarzenie poboczne: ślinotok)
4. Wykonanie kolejnych operacji logicznych wraz z wyświetlaniem komunikatów:
a) 2 koty (czarny i biały, z różową plamką na nosie. Kształt plamki przypomina Europę)
b) plansza z kanapką z tuńczykiem, z sałatą, na zielonym tle. W kanapce na pewno jest jajko.
c) 2+5= 7 kotów (ciekawe dlaczego koty lubią ryby?)
d) Europa ma śmieszny kształt, trochę jak nos mrówkojada.
e) ciekawe jak zmarł ten kot? Przy porodzie? To się chyba często zdarza. Właściwie to nie wiem, nigdy nie miałem kota. Szkoda, bo są fajne.
f) 6
5. Uruchomienie aparatu mowy w celu przekazania informacji zainteresowanym. Nie wyświetla się żadna plansza.
6. Wypowiedź skłądająca się z samogłosek (np. "eeeeee")
7. Powrót do plansz niemożliwy, błąd zapisu. Umysł proponuje w zamian melodyjkę z reklamy podpasek.
...
Tego dnia pobiłem rekord ilości czasu spędzonego na fejsie w godzinach pracy. Po powrocie do domu leżałem, ponieważ uznałem że jest to jedyne zajęcie za które mogę wziąć pełną odpowiedzialność i na pewno nikomu przy tym nie zrobię krzywdy.
*Poprawna odpowiedź brzmi: 6 (źródło: "I ty zostaniesz Pitagorasem - klasa 4", rozdział: "Klucz odpowiedzi" strona przedostatnia). Wszystkie postacie wymienione w zadaniu są fikcyjne, jakiekolwiek podobieństwo do postaci rzeczywistych jest przypadkowe.
sobota, 9 kwietnia 2011
poniedziałek, 4 kwietnia 2011
Sensacyjne zaginięcie
Mały, szary pies szedł wzdłuż trawnika lekko utykając. Było to zwierzę o proporcjach jamnika z szorstką, krótką sierścią i niedużym pyszczkiem, ledwie wystającym spod siwej kępy nastroszonych włosów, bezładnie opadających z czubka głowy wprost na oczy. Szedł grzecznie, tuż przy krawężniku, na nikogo nie warczał, nie szczekał, nie obwąchiwał siatek z zakupami mijających go Pań i Panów, nie zwracał uwagi na biegające po parkingu dzieci. One zresztą nie zwracały też najmniejszej uwagi na niego, podobnie jak mijający go przechodnie, podekscytowani świeżością pierwszego na prawdę wiosennego popołudnia tego roku.
Wiosenna aura udzielała się wszystkim. Dzieciaków na podwórku było znacznie więcej niż zazwyczaj, mikroskopijne ogródki oddzielające budynki od chodnika zapełniły się energicznymi, siwowłosymi paniami uzbrojonymi w sadzonki i motyki. Wąsaci mężczyźni, oparci o poręcze balkonów, paląc papierosy sopglądali uśmiechnięci w niebo nad sąsiednim blokiem. Na maskach samochodów wygrzewały się koty, próbując sięgnąć łapami do skaczących po parkingu refleksów rzucanych przez otwarte okna, pieczołowicie szorowane przez klęczące na parapetach kobiety. Starsi Panowie, pomału przechadzający się z wiaderkami na śmieci, głośno pozdrawiali się z daleka, a ławeczka na szczycie bloku przeżywała prawdziwe oblężenie sąsiadek, tak jakby przez całą zimę nie miały okazji z nikim porozmawiać.
W pewnym momencie mały, szary pies zniknął gdzieś podążając za niewysokim, utykającym na lewą nogę panem w popielatej kurtce i szarych spodniach.
Gzeta "Retro" Marty Flisykowskiej
Wiosenna aura udzielała się wszystkim. Dzieciaków na podwórku było znacznie więcej niż zazwyczaj, mikroskopijne ogródki oddzielające budynki od chodnika zapełniły się energicznymi, siwowłosymi paniami uzbrojonymi w sadzonki i motyki. Wąsaci mężczyźni, oparci o poręcze balkonów, paląc papierosy sopglądali uśmiechnięci w niebo nad sąsiednim blokiem. Na maskach samochodów wygrzewały się koty, próbując sięgnąć łapami do skaczących po parkingu refleksów rzucanych przez otwarte okna, pieczołowicie szorowane przez klęczące na parapetach kobiety. Starsi Panowie, pomału przechadzający się z wiaderkami na śmieci, głośno pozdrawiali się z daleka, a ławeczka na szczycie bloku przeżywała prawdziwe oblężenie sąsiadek, tak jakby przez całą zimę nie miały okazji z nikim porozmawiać.
W pewnym momencie mały, szary pies zniknął gdzieś podążając za niewysokim, utykającym na lewą nogę panem w popielatej kurtce i szarych spodniach.
Gzeta "Retro" Marty Flisykowskiej
niedziela, 3 kwietnia 2011
Znikające soboty
Od jakiegoś czasu zdaraza im się znikać zupełnie niepostrzeżenie. Kiedyś jakoś bardziej chciały być, mocniej się narzucały. Ostatnia sobota na przykład w ogóle się nie ujawniła. Czmychnęła cichaczem, prawie nie zdążyłem jej zauważyć. Gdyby nie fakt, że uraziła mnie przy tym straszliwie, to pewnie całkowicie bym ją zignorował. Zdarzało mi się to wcześniej. Nie bolało.
Do tej soboty mam jednak sporo pretensji, chociaż pewnie niesłusznie. Bo w końcu to ja postanowiłem nie wstawać do siedemnastej, ja postanowiłem z całą energią i zaangażowaniem zająć się piątkiem spisując następny dzień na straty. Ale tym razem sobota nie raczyła nawet się zapytać, czy przypadkiem czegoś od niej nie oczekuję. Poczułem się urażony. Przecież jeszcze nie tak dawno, mimo mojego ostentacyjnego braku zainteresowania, soboty atakowały mnie SMSami od znajomych, telefonami, umówionymi spotkaniami, czy chociażby transmisjami rozgrywek sportowych. Olewanie tych starań o zauważenie ich obecności budowało mnie, wzmacniało przeświadczenie o mojej wartości. Każda sobota wcześniej dawała mi poczuć, że to ja decyduję o jej losie.
Smukła sylwetka ostatniej soboty tylko mignęła mi przed oczami. Udawałem, że nie ma to dla mnie żadnego znaczenia i tylko tępo wpatrywałem się w jej plecy kiedy odchodziła precz. Nawet się nie odwróciła. Moje na wierzchu - myślałem, prawie zupełnie przekonany że daję właśnie wyraz swojej wyższości nad jej chamskim brakiem szacunku. Dopiero później, kiedy była już tylko małym, ledwie zauważalnym punkcikiem, pomyślałem że już jej nie dogonię.
Do tej soboty mam jednak sporo pretensji, chociaż pewnie niesłusznie. Bo w końcu to ja postanowiłem nie wstawać do siedemnastej, ja postanowiłem z całą energią i zaangażowaniem zająć się piątkiem spisując następny dzień na straty. Ale tym razem sobota nie raczyła nawet się zapytać, czy przypadkiem czegoś od niej nie oczekuję. Poczułem się urażony. Przecież jeszcze nie tak dawno, mimo mojego ostentacyjnego braku zainteresowania, soboty atakowały mnie SMSami od znajomych, telefonami, umówionymi spotkaniami, czy chociażby transmisjami rozgrywek sportowych. Olewanie tych starań o zauważenie ich obecności budowało mnie, wzmacniało przeświadczenie o mojej wartości. Każda sobota wcześniej dawała mi poczuć, że to ja decyduję o jej losie.
Smukła sylwetka ostatniej soboty tylko mignęła mi przed oczami. Udawałem, że nie ma to dla mnie żadnego znaczenia i tylko tępo wpatrywałem się w jej plecy kiedy odchodziła precz. Nawet się nie odwróciła. Moje na wierzchu - myślałem, prawie zupełnie przekonany że daję właśnie wyraz swojej wyższości nad jej chamskim brakiem szacunku. Dopiero później, kiedy była już tylko małym, ledwie zauważalnym punkcikiem, pomyślałem że już jej nie dogonię.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
