niedziela, 1 maja 2011

Śledź w kraju Scyzoryków

W hotelu zameldowaliśmy się koło ósmej wieczorem. To był początek marca, siarczysty mróz, olej napędowy osiągnął właśnie cenę 4,99. W tych właśnie złowrogich okolicznościach zajechaliśmy z kolegą do Kielc, miasta o którym szczerze mówiąc nie wiedzieliśmy zbyt dużo. Nasza wiedza ograniczała się do numeru stoiska targowego, nazwy i adresu hotelu oraz kilku (a w zasadzie dwóch) szczegółów geograficzno-kulturowych. Wiedzieliśmy mianowicie, że Kielce są stolicą województwa Świętokrzyskiego leżącą przy krajowej trasie nr 7 oraz że są rodzinnym miastem Liroy'a, pierwszego przeklinającego po polsku rappera lat 90tych.

Hotel, którego główną zaletą była przystępna cena,  widzieliśmy wcześniej tylko na zdjęciach w sieci. Zdjęcia te często pokazują niestety tylko najatrakcyjniejszy wycinek rzeczywistości. Zdarza się na przykład, że na stronach internetowych widnieją fotografie imponującego holu z recepcją, pełnego marmurów, z komfortowymi fotelami i lustrami w złoconych ramach. I faktycznie, po wejściu do hotelu widzimy taki właśnie przepyszny hol, ale zaraz za dębowymi drzwiami prowadzącymi na klatkę schodową miękki czerwony dywan zmienia się w popękane linoleum, a gustowna tapeta o przyjemnej fakturze ustępuje miejsca łuszczącej się farbie olejnej o bliżej nieokreślonym szaro-żółtym kolorze. Właściwie zjawisko to ma miesjce w przypadku każdego dwugwiazdkowego hotelu, zmienia się tylko skala rozbieżności pomiędzy reklamą a rzeczywistością. Chyba najbardziej urzekający tekst obrazujący powszechność tego zjawiska, który jednocześnie w dość zabawny sposób próbuje się uporać ze standardem niektórych wnętrz, można przeczytać na stronie wrocławskiego hotelu "Śląsk" [link]. Na dole strony możemy przeczytać, że " dla pasjonatów klimatów PRL w naszej ofercie znajdują się również pokoje w stylu PRL z oryginalnym umeblowaniem". Nie byłem w tym hotelu, możliwe że pokoje są schludne i przyjemne, ale w świetle moich hotelowych doświadczeń lektura tego hasła spowodawała poważny napad śmiechu.

Na szczęście hotel w Kielcach okazał się przyjemny, na dole znajdował się bar utrzymany w klimacie lat dwudziestych, pokoje były czyste i schludne. Była to dla nas pewnego rodzaju ulga, bo przekroczenie drzwi pokoju w nowym hotelu zawsze wiąże się z małym dreszczykiem emocji. Ogólnie, miasto wydało nam się przyjemne, zaskoczyła nas duża ilość modernistycznej architektury, która spowodowała że poczuliśmy się prawie jak w domu. Było to jednak dość krókotrwałe poczucie bezpieczeństwa. Zapytaliśmy hotelowego barmana, gdzie można pójść na piwo. "Rozumiem, że chodzi o to żeby przy okazji nie dostać w michę?", zapytał w odpowiedzi. Przytaknęliśmy, a on, dowiedziawszy się że jestesmy z Gdyni, zrobił niewesołą minę i polecił nam tylko jedną, główną  ulicę - Sienkiewicza. Zastrzegł przy tym, żebyśmy mówili że jesteśmy kibicami żużla, bo w Kielcach nie ma żadnej drużyny.

Ulica Sienkiewicza okazała się być oddalonym o 15 minut od hotelu bardzo eleganckim deptakiem. Ku naszemu osłupieniu na samym jego początku stał gdyński Teatr Muzyczny. Idealna kopia. Nawet świecące wewnątrz żyrandole miały, dokładnie jak w Gdyni,  kształt kiści winogron. Wrażenie było na prawdę dziwne.  Czy to za sprawą tego teatru, czy też z zupełnie innych przyczyn, ciąg dalszy naszej wyprawy na piwo wydał się dość mocno odrealniony.

Kieleckie Centrum Kultury


Teatr Muzyczny w Gdyni
Deptak z początku schodził łagodnie w dół, aż do mostka biegnącego nad ciekiem wodnym, którego nazwy niestety do tej pory nie udało mi się poznać*. Następnie równie łagodnie wznosił się w górę, aż do samego końca. Skąd wiem że do samego końca? Ano stąd, że mieliśmy okazję przejść całą długość ulicy Sienkiewicza. Jakoś ciężko było nam się zdecydować na lokal. W podejmowaniu decyzji nie pomagało nam praktycznie nic. Był poniedziałek, godzina mniej więcej dziewiąta wieczorem, temperatura powietrza około minus 8 stopni. Wiał dość silny wiatr, który - dokładnie jak nad morzem - przeszywał wszystkie nieosłonięte części ciała szpilkami wilgoci, aż do szpiku kości. Nic dziwnego, że ulica była praktycznie wyludniona. Rozmowy i kroki nielicznych przechodniów odbijały się ehchem od oświetlonych, pięknie odrestaurowanych fasad budynków i niosły się nieprawdopodobnie głośno i daleko. Mimo to na ulicy panowała dziwna, głucha aura. Wszystkie dźwięki wydawały się przytłumione, także nawet stawiając kroki na błyszczącej w sodowych lampach twardej, kamiennej powierzchni, miało się wrażenie chodzenia po czymś miękkim jak mech. W tej dziwnej atmosferze żaden szyld nie wydawał nam się wystarczająco zachęcający. Lokale wydawały się celowo chować przed nami w bramach, wnękach, zagłębionych w budynki gankach, do których prowadziły kamienne, strome schody. Żaden z nich nie zapraszał dużymi, wychodzącymi na ulicę oknami witryn, w których można by było zobaczyć rozmawiających, sprawiających przyjazne wrażenie ludzi.



Dodatkowo cały czas przypominało nam o sobie ostrzeżenie hotelowego barmana o potencjalnej agresji miejscowych. Wprawdzie nikt nas nie zaczepiał, ale o tej przestrodze przypominały nam stroje, fryzury i sposób poruszania się wszystkich napotkanych po drodze mężczyzn.   Już podczas spaceru ulicą Sienkiewicza stwierdziliśmy, że mamy zdecydowanie za dużo włosów żeby się nie wyróżniać, przy czym żaden z nas nie miał specjalnie bujnej fryzury. Później, kiedy już udało nam się znaleźć miejsce w pubie, nasz stolik stał dość blisko wejścia, a każdy otwierający drzwi mężczyzna robił to z takim zacięciem i tak zapieczoną miną, że czułem się jakbym miał na czole napisane "Arka Gdynia", a nowo przybyły gość miał zamiar mi wyperswadować, że powinienem wracać do domu.

Ulica Sienkiewicza, Kielce
W przeciwieństwie do napotkanych po drodze panów, wszystkie panie wyglądały bardzo przyjaźnie. Na podstawie tej mało wiarygodnej grupy reprezentacyjnej można by stwierdzić, że miasto jest pełne stadionowych maczo oraz eleganckich, uśmiechniętych kobiet z klasą. Dziwny zestaw. Można by również założyć, że w Kielcach w ogóle nie ma ludzi koło trzydziestego roku życia: są tylko gimnazjaliści i pięćdziesięciolatkowie. Kiedy już przeszliśmy całą ulicę Sienkiewicza nie znajdując żadnego godnego uwagi miejsca na piwo, postanowiliśmy podążyć właśnie za małą grupką gimnazjalistów. Grupka składała się z trzech eleganckich dziewczyn i trzech czy czterech chłopców ubranych w białe sportowe buty z żelem na bardzo krótkich włosach. Grupka zatrzymała się przed wejściem do hotelu/steak house'u/pubu. Kiedy stali i dyskutowali zdążyliśmy podejść na tyle blisko, żeby usłyszeć jak mówią że jest chyba za drogo. Poszli dalej, więc my tym bardziej ochoczo weszliśmy do środka.

Opowieść o odrealnionym poszukiwaniu miejsca na piwo pomału się kończy. Dotarliśmy do lokalu, w którym udało nam się wypić po trzy piwka i dwa kieliszki wiśniówki. Wnętrze było eleganckie, utrzymane w kimacie wyspiarskiego pubu. Drewniane, ciemne stoły, ciemnoczerwone obicia, bar na wysoki połysk. Na ścianach plakaty, tablice i inne gadżety z Anglii, Szkocji, Irlandii. W środku kilkanaście osób, przyjemna muzyka, miła atmosfera, za oknami zimno a w środku ciepło i przyjemnie. Zdarzyła się jeszcze jedna rzecz, która dla mnie idealnie nadaje się na puentę tamtego wieczoru. Po pierwszym piwie poprosiliśmy kelnerkę o orzeszki, paluszki czy coś takiego. Niestety, odparła że możemy tylko zamówić coś z karty. Sami nie byliśmy w stanie niczego wybrać, więc poprosiliśmy żeby nam coś doradziła. I wtedy właśnie, w ramach podsumowania wieczoru, pani kelnerka w kieleckim steakhousie poleciła nam jako zakąskę do piwa owoce morza... Poinformowaliśmy Panią, że jesteśmy znad morza, i że z tymi owocami nawt u nas nie zawsze jest różowo. Zamówiliśmy. Okazało się, że w Kielcach podają na prawdę bardzo smaczne owoce morza w chrupiącej panierce.


* Ten "ciek wodny" to rzeka Silnica, dowiedziałem się o tym dzien po publikacji posta. Bardzo dziękuję Agacie za uzupełnienie wiedzy.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz