Hotel, którego główną zaletą była przystępna cena, widzieliśmy wcześniej tylko na zdjęciach w sieci. Zdjęcia te często pokazują niestety tylko najatrakcyjniejszy wycinek rzeczywistości. Zdarza się na przykład, że na stronach internetowych widnieją fotografie imponującego holu z recepcją, pełnego marmurów, z komfortowymi fotelami i lustrami w złoconych ramach. I faktycznie, po wejściu do hotelu widzimy taki właśnie przepyszny hol, ale zaraz za dębowymi drzwiami prowadzącymi na klatkę schodową miękki czerwony dywan zmienia się w popękane linoleum, a gustowna tapeta o przyjemnej fakturze ustępuje miejsca łuszczącej się farbie olejnej o bliżej nieokreślonym szaro-żółtym kolorze. Właściwie zjawisko to ma miesjce w przypadku każdego dwugwiazdkowego hotelu, zmienia się tylko skala rozbieżności pomiędzy reklamą a rzeczywistością. Chyba najbardziej urzekający tekst obrazujący powszechność tego zjawiska, który jednocześnie w dość zabawny sposób próbuje się uporać ze standardem niektórych wnętrz, można przeczytać na stronie wrocławskiego hotelu "Śląsk" [link]. Na dole strony możemy przeczytać, że " dla pasjonatów klimatów PRL w naszej ofercie znajdują się również pokoje w stylu PRL z oryginalnym umeblowaniem". Nie byłem w tym hotelu, możliwe że pokoje są schludne i przyjemne, ale w świetle moich hotelowych doświadczeń lektura tego hasła spowodawała poważny napad śmiechu.
Na szczęście hotel w Kielcach okazał się przyjemny, na dole znajdował się bar utrzymany w klimacie lat dwudziestych, pokoje były czyste i schludne. Była to dla nas pewnego rodzaju ulga, bo przekroczenie drzwi pokoju w nowym hotelu zawsze wiąże się z małym dreszczykiem emocji. Ogólnie, miasto wydało nam się przyjemne, zaskoczyła nas duża ilość modernistycznej architektury, która spowodowała że poczuliśmy się prawie jak w domu. Było to jednak dość krókotrwałe poczucie bezpieczeństwa. Zapytaliśmy hotelowego barmana, gdzie można pójść na piwo. "Rozumiem, że chodzi o to żeby przy okazji nie dostać w michę?", zapytał w odpowiedzi. Przytaknęliśmy, a on, dowiedziawszy się że jestesmy z Gdyni, zrobił niewesołą minę i polecił nam tylko jedną, główną ulicę - Sienkiewicza. Zastrzegł przy tym, żebyśmy mówili że jesteśmy kibicami żużla, bo w Kielcach nie ma żadnej drużyny.
Ulica Sienkiewicza okazała się być oddalonym o 15 minut od hotelu bardzo eleganckim deptakiem. Ku naszemu osłupieniu na samym jego początku stał gdyński Teatr Muzyczny. Idealna kopia. Nawet świecące wewnątrz żyrandole miały, dokładnie jak w Gdyni, kształt kiści winogron. Wrażenie było na prawdę dziwne. Czy to za sprawą tego teatru, czy też z zupełnie innych przyczyn, ciąg dalszy naszej wyprawy na piwo wydał się dość mocno odrealniony.
![]() | ||
| Kieleckie Centrum Kultury |
![]() |
| Teatr Muzyczny w Gdyni |
Dodatkowo cały czas przypominało nam o sobie ostrzeżenie hotelowego barmana o potencjalnej agresji miejscowych. Wprawdzie nikt nas nie zaczepiał, ale o tej przestrodze przypominały nam stroje, fryzury i sposób poruszania się wszystkich napotkanych po drodze mężczyzn. Już podczas spaceru ulicą Sienkiewicza stwierdziliśmy, że mamy zdecydowanie za dużo włosów żeby się nie wyróżniać, przy czym żaden z nas nie miał specjalnie bujnej fryzury. Później, kiedy już udało nam się znaleźć miejsce w pubie, nasz stolik stał dość blisko wejścia, a każdy otwierający drzwi mężczyzna robił to z takim zacięciem i tak zapieczoną miną, że czułem się jakbym miał na czole napisane "Arka Gdynia", a nowo przybyły gość miał zamiar mi wyperswadować, że powinienem wracać do domu.
![]() |
| Ulica Sienkiewicza, Kielce |
Opowieść o odrealnionym poszukiwaniu miejsca na piwo pomału się kończy. Dotarliśmy do lokalu, w którym udało nam się wypić po trzy piwka i dwa kieliszki wiśniówki. Wnętrze było eleganckie, utrzymane w kimacie wyspiarskiego pubu. Drewniane, ciemne stoły, ciemnoczerwone obicia, bar na wysoki połysk. Na ścianach plakaty, tablice i inne gadżety z Anglii, Szkocji, Irlandii. W środku kilkanaście osób, przyjemna muzyka, miła atmosfera, za oknami zimno a w środku ciepło i przyjemnie. Zdarzyła się jeszcze jedna rzecz, która dla mnie idealnie nadaje się na puentę tamtego wieczoru. Po pierwszym piwie poprosiliśmy kelnerkę o orzeszki, paluszki czy coś takiego. Niestety, odparła że możemy tylko zamówić coś z karty. Sami nie byliśmy w stanie niczego wybrać, więc poprosiliśmy żeby nam coś doradziła. I wtedy właśnie, w ramach podsumowania wieczoru, pani kelnerka w kieleckim steakhousie poleciła nam jako zakąskę do piwa owoce morza... Poinformowaliśmy Panią, że jesteśmy znad morza, i że z tymi owocami nawt u nas nie zawsze jest różowo. Zamówiliśmy. Okazało się, że w Kielcach podają na prawdę bardzo smaczne owoce morza w chrupiącej panierce.
* Ten "ciek wodny" to rzeka Silnica, dowiedziałem się o tym dzien po publikacji posta. Bardzo dziękuję Agacie za uzupełnienie wiedzy.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz