poniedziałek, 17 października 2011

O rosnącej matrycy


W sierpniu 1999 roku zwariowałem na punkcie "Matrixa". Film trafiał do mnie absolutnie wszystkim, zaczynając od plakatu i tytułu, poprzez mistrzowsko skonstruowany świat i genialny soundtrack a kończąc na skórzanych płaszczach, ciemnych okularach i efektach specjalnych. Jednak na fakt, że do kina poszedłem przynajmniej 3 razy, miała wpływ przede wszystkim treść filmu, legitymizująca sprzeciw wobec systemu, usprawiedliwiająca przedstawianie niepokornej postawy jako wzoru, gloryfijkująca wybór wolności, choćby okupiony degradacją poziomu egzystencji, ukazująca wszystkich poza wtajemniczonymi jako uśpionych, nieświadomych prawdy, potencjalnie niebezpiecznych. Do mnie osiemnastoletniego, silącego się każdą komórką ciała na oryginalność i naginanie zasad aż do osiągnięcia krytycznych przeciążeń, ta treść trafiała z niesamowitą mocą. Dla mnie trzydziestoletniego, który dzisiaj obejrzał ten sam film w kupionym na jeszcze nie spłacone raty telewizorze, leżąc na rozpadającej się kanapie we własnym, nie remontowanym od lat mieszkaniu, przed poniedziałkowym wyruszeniem do pracy, która nie ma nic wspólnego z tym co powinienem w życiu robić - "Matrix" jest już trochę inny.

Ironia. Osiemnastoletni człowiek dopatrywał się w filmie alegorii, przenośni, odnosił je do otaczającego go świata tak, jak niektórzy szukają analogii pomiędzy codzienną rzeczywistością a biblijnymi przypowieściami - często na siłę. Trzydziestoletni człowiek po obejrzeniu filmu pomyślał, że też chciałby się obudzić, dosłownie. Można pomyśleć, że zamiast zmądrzeć człowiek zgłupiał. Oczywiście, oglądając film przypominałem sobie przeżycia towarzyszące pierwszemu z nim zetknięciu, seansowi towarzyszyła nostalgia i ożywanie "młodzieńczych ideałów". Ten dwoisty świat tak bardzo wtedy przypominał rzeczywistość! Brud i sprayowane napisy na ścianach sypiących się budynków, w których ważyły się losy świata, to był ten sam brud podziemnych klubów, w których tętniło życie i rosła kultura. Ludzie siedzący całymi dniami i nocami przed kineskopowymi monitorami, wyszukujący w internecie informacji niedostępnych dla innych, długo przed epoką wszechwiedzących wyszukiwarek, outsiderzy, wiedzieli więcej, czuli zmiany, to oni byli ważni, nie ci na ulicach, pokorni wobec kijów i marchewek wolnorynkowego wyścigu szczurów. Ci byli jak w filmie, gotowi zabić dla porządku, którego nie rozumieją. Życie w dzień, w liceach i na uniwersytetach, było mniej ważne od życia w nocy, króliczej nory, w której odkrywało się wprost niewiarygodne, przerysowane odbicia lustrzane karykaturalnych zasad rządzących systemem.



Przez całą podstawówkę patrzyłem jak ludzie zachwycają się zmianami, jak starsi bracia kolegów z klasy budują domy i kupują samochody, bo sprzedają pirackie kasety VHS i skarpety na hali targowej. Teraz będzie lepiej, teraz będzie łatwiej, teraz jesteśmy wolni i możemy mówić co chcemy! Teraz mamy swoją reprezentację w sejmie! Mamy senat i koronę nad głową orzełka, jesteś za młody, nie zrozumiesz dlaczego to jest takie ważne. Przez całe liceum słuchałem, jak bracia kolegów, których tatusiowie mają firmy, mają załatwioną pracę, a ci którzy nie mieli tatusiów z firmami, nie mogli jej znaleźć i mieszkali z mamusiami. To nie prawda, prawda jest w nocy, i w sieci, tam jest tak jak miało być, to tam jest właśnie lepiej, tak jak mówiła Pani w szkole. Nie dostałem się na filologię słowiańską w Gdańsku, na jedno miejsce startowało szesnaście osób.




W 1999 roku świat Matrixa bardzo dobrze pasował do społecznego obrazu świata w ogóle. Dodatkowo, pozwalał mi patrzeć na zmieniającą się rzeczywistość krytycznie, nie zgadzać się na nią i ją ignorować. Pozwalał mi się śmiać z bezrobocia i korporacji, traktować te zjawiska jako część jednego wielkiego oszustwa, które nie może być jedynym sposobem na życie. W 2011 roku świat matrixa jest już dla mnie tylko dokumentacją momentu, w którym na prawdę wiele rzeczy zaczynało się zmieniać. Tylko że jestem prawie pewien, że maszyny wygrały.

W 2006 nagrodę magazynu Time: Person of The Year dostałeś/dostałaś Ty. Magazyn uznał, że to internauci tworzący web 2.0 są człowiekiem roku. Ten symboliczny gest zbiegł się w czasie z totalną dominacją sieci przez Googla, który w tym momencie ma już cały internet na dyskietce. Jak Chuck Norris. Tylko że Norris nie wie o Tobie wszystkiego, a Google tak. Dzisiaj jest jeszcze Facebook, który jeszcze głębiej bada naszą codzienność, sprzedaje ją za dobre pieniądze. Jesteśmy ich bateryjkami.

Poczułem, że chciałbym jeszcze raz spróbować się oderwać, znaleźć luki w systemie i swobodnie się w nich poruszając unikać porwania przez nurt. Może czegoś nie wiem, nie zauważam? Próbowałem i niestety nie znalazłem w roku 2011 przestrzeni - wirtualnych czy rzeczywistych - w których można by, nie manifestując głośno jawnego sprzeciwu wobec systemu, funkcjonować poza jego głównym obiegiem, czy też wpływać na jego kształt. W 1999 było ich mało i nie udało się nic zmienić, teraz wydaje mi się że nie ma ich wcale. Przyszło mi do głowy, że może niespodziewany sukces filmu pozwolił systemowi rozpoznać swoje słabe punkty i w ciągu dziesięciu lat umocnić się w nich na tyle, żeby nie dało się go ominąć? Tak czy inaczej, dudni mi w głowie to dość rozpaczliwe, dosłowne życzenie: chciałbym się obudzić. Nie ma już miejsca na przenośnie i analogie, te miejsca są już zajęte, opieczętowane logosami i opodatkowane.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz